Dubowo, bitowo, basowo - nie nowo

M.C.Escher-Relativity
Jeden z muzycznych braci w Joggerze zachwycał się ostatnio nowym Burialem. Nieznane mi to było zupełnie, więc z ciekawości sięgnąłem, bo z opisu wydawało się interesujące. Po przesłuchaniu muszę przyznać - owszem, smakowite, ale chyba jednak nie aż tak powalające (bo westchnienia i okrzyki zachwytu słychać wkoło, nie tylko z Muzykofilii).

Rozmyślnie nie czytuję rozmaitych znanych/szanowanych/modnych (niepotrzebne skreślić) news-marketów w Sieci (jedynie kilka blogów i, okazyjnie, dwa serwisy), po ścieżkach muzycznych poruszam się losowo i po omacku - to zresztą chyba temat na osobny wpis. Nowinki z szeroko pojętego światka tanecznej elektroniki przestałem śledzić już dawno.
O Burialu nie słyszałem, tak samo niewiele wiem o dubstepie/2stepie czy jak to się nazywa. Po skosztowaniu płyty wyjaśniło się co nieco. To taki elektroniczny głęboki dub, połączony z mrocznym klimatem, ambientoidalnymi wstawkami i trochę połamanym bitem...coś chodzi po głowie? Tak! Dubowe Rhythm & Sound, "drumbasowe" Roni Size czy 4Hero, illbientowy Slotek, tripowo-breakowy Dj Krush, genialny Photek i paru innych. Po co wymyślać nową nazwę na coś co już jest? No tak. Nawet "undergroundowi" muzycy muszą coś jeść. Dziennikarze też. A jak wiadomo proszku do prania nie można sprzedawać wciąż w tym samym opakowaniu. Pewnie dlatego na drum & bass* mówi się teraz "dubstep", tak jak kiedyś jungle przestało się nazywać jungle i zaczęło drum & bass. Może znajdą się jacyś ortodoksi gatunku/ów, którzy rozszarpią mnie za te słowa - ok, uogólniam, ta muzyka oczywiście cały czas ewoluuje i zawiera wiele nurtów i podgatunków, ale Ameryki ponownie odkrywać nie trzeba.

A skoro już jest taka okazja i pewne nazwy padły, to należałoby przypomnieć, nawet jeśli to oczywiste, bo o dobrych rzeczach zawsze warto przypominać.
Po pierwsze: Rhythm & Sound. Nie będę sie rozpisywać o "didaskaliach", kto będzie chciał sobie sprawdzi. Napisać trzeba tyle, że jest to zdecydowany minimal. Minimum formy, maksimum treści. Głębokie, dudniące, zaczyna się od czegoś jeszcze przypominającego dub/reggae, ale im dalej, tym bardziej ześlizguje się w głębinę, rytmy rozjeżdżają się, gubią gdzieś w przestrzeni...Chociaż oparta prawie wyłącznie na bitach, to w efekcie rozmyta, niemal ambientowa. Mogę tu zacytować fragment recenzji z nieodżałowanego "Kaktusa":

To teoretycznie czysta minimal music (...) wręcz kongenialnie odbierana jest przez wszystkich, którym nieobce są odgłosy podwodnego Elizium. Słuchacz ma dodawać do nich sens i znaczenie.

(Kaktus, nr 1 [9] 2002, autor: elch)

Może ewentualnie pasować do tej pory roku, ale w moim odbiorze jest raczej ciepła, na duszny letni wieczór. Komu się spodoba, to jeszcze cichutko podpowiem Fluxion "Spaces", bo chociaż to trochę inna bajka, to bardzo ładnie się uzupełnia.

Pewnym przeciwieństwem jest "Modus Operandi" Photka. Ostre, konkretne uderzenia o blaszanym posmaku, klaustrofobiczna atmosfera, dziwne sample - to wszystko kojarzy mi się z labiryntem, jakąś przestrzenną budowlą, z grafikami Eschera (może dlatego jedna z kompozycji nosi tytuł "Minotaur"?). Jednocześnie jazzowy momentami klimat nieco łagodzi odbiór. Na poparcie moich słów znów cytat, tym razem z nieodżałowanego "Plastiku":

Bazując na ascetycznych środkach wyrazu Photek buduje prawdziwe piramidy rytmu, rzeźbiąc w nich niesamowite wzory.(...) Całość jest (...) rozbujana jazzowym feelingiem, (...) tło niekiedy szemrze i szczęka (...) takie historie zdarzają sie we śnie (...) Co zrobić z głową, a co z nogami?

(Plastik, nr 7, październik 1997, autor: Rafał Księżyk)

Może to przypadek, ale u Buriala słychać wiele "fotkowych" patentów, począwszy od bitu (początek "Archangel"), po charakterystyczne sample - coś przypominającego repetowanie broni/upadające łuski/zapalniczkę(?), poza tym słyszę po trochu wszystkich wymienionych na początku...
No dobra, pojechałem trochę. Ten Burial wcale nie jest zły, ma klimat, wchodzi całkiem przyjemnie, ale każdy kto słucha rozmaitej muzyki dziesięć lat albo dłużej nie da się nabrać. To już było.

P.S. Ciekawostka: wytwórnia wydająca płytki Rhythm & Sound nazywa się Burial Mix...Na dodatek duet R&S, podobnie jak Burial, są niezwykle tajemniczy: nie udzielają wywiadów, nie publikują swoich zdjęć, generalni unikają rozgłosu (chociaż ich tożsamoiść jest znana - odsyłam na podany wcześniej adres)

Ciekawostka 2: Photek ma fioła na punkcie wschodnich sztuk walki, jeden z utworów zatytułowany jest "Ni Ten Ichi Ryu", czyli "technika dwóch mieczy", teledysk pokazuje walczących samurajów, niezła jazda...;)

*) Cały czas chodzi mi o ten drum & bass rozmyty i bujający, nie ten dyskotekowy, siekący uszy, a poza tym uczepiłem się trochę d'n'b, jakoś tak wyszło, a to miał być tylko przykład;)

Nastały dni wiatru...

Tym cytatem ze znakomitego utworu, ze znakomitej płyty Ścianki pod podobnym tytułem opisuję sobie zwykle parszywą porę roku, przedzimie. Już nie złota polska jesień, nie słońce i żółte liście. Jeszcze nie padający wesoło śnieg i błękitne, mroźne niebo. Na razie ciemność przez prawie cały dzień, wiatr, ziąb, breja. Wiatr zawsze w oczy i paskudny śniego-deszcz. Pora wybitnie mogwajowa, może nawet na sludge. Ciągle mi zimno. Dla ogrzania może coś cieplejszego, ale nie jaśniejszego. Może być wspomniana już Laika.

Więcej na razie nie mogę z siebie wykrzesać, o muzycznych przygotowaniach do zimy napiszę jak wygrzebię się z tego doła w którym siedzę...

Jesień definitywnie

Dla mnie prawdziwa jesień zaczyna się pierwszego listopada. Niezależnie od pogody i humoru, jest to dla mnie data symboliczna. Już nasi przodkowie wyczuwali, że coś jest na rzeczy, umieszczając w okolicach tego dnia swoje obchody pożegnania przyrody, życia itp., i przygotowywali się na czas mroku i chłodu. Potem pogańskie święto zostało ubrane w politycznie poprawną otoczkę religijno-refleksyjną. I nie mówię, że to źle. Wolę przejść się trochę po zamglonym cmentarzu, podeptać świeżo spadłe żółte liście, niż wygłupiać się z powycinaną dyniową głową...

A jeśli o muzykę chodzi, to od lat pielęgnuję swoją "świecką tradycję" - tego dnia zawsze słucham "Closer" Joy Division. Uważam, że ta płyta wybitnie pasuje klimatem do Zaduszek, zwłaszcza utwory "The eternal" i "Decades"

I tyle. Wpis miał być inny, dłuższy, bardziej osobisty, ale mi go wcięło. Napisałem w nim nawet, że bardzo osobisty jak na tego bloga i że trochę nie pasuje, ale że zostawię. No i siup - awaria. A ponieważ tworzyłem go spontanicznie był nie do odtworzenia. Więc jest jak jest. A może to jakaś "boska" interwencja? ;)

A poza tym zaczynam robić muzyczne zapasy na zimę, ale o tym na razie sza...