Takk :) czyli wrażenia po koncercie Sigur Rós

Sigur Rós, Park Sowińskiego, Warszawa 20.08.08

Byłem, choć wcale nie zamierzałem. Kiedyś tam zobaczyłem że będzie i pomyślałem, że fajnie byłoby pójść. Ale w międzyczasie inne sprawy zaprzątnęły moją głowę i zupełnie o nim zapomniałem. Przypomniało mi się nagle przedwczoraj, około jedenastej wieczorem i nagle poczułem, że jednak bardzo chciałbym pójść. Nie jestem wielkim fanem Sigurów, chociaż pierwsza płyta zrobiła na mnie duże wrażenie, ale następne wydawały się już zbyt podobne. Chłopaki troszkę sie zapętlili, podobnie jak np. Cocteau Twins. Mimo to uznałem, że ich koncert może być niezwykłym przeżyciem...i nie pomyliłem się. Ale po kolei...

Czytaj dalej...

"100 najlepszych albumów postrockowych"(?)

Takie zestawienie znalazłem, zapewne jedno z wielu, a że portal, który je ogłosił jest mi nieznany, toteż odnoszę się do niego "z pewną taką nieśmiałością". Dobrze chociaż, że wszystkie wymienione pozycje traktowane są na równi (kolejność alfabetyczna). I tak każdy ma swoich faworytów, więc można traktować to jako swego rodzaju drogowskaz-rekomendację.

Czytaj dalej...

Moya

Moya

Miało być o Seven Sciences of Plenty, ale nie będzie. Muszę jeszcze posłuchać, tym bardziej, że mój „smak muzyczny” znów ulega jakby lekkiemu przeobrażeniu – odchodzę od elektroniki (to już od jakiegoś czasu) w kierunku gitar i to coraz mocniejszych (ale cały czas z okolic postrocka). Aktualnie zasłuchuję się w Jesu i wspomnianych SSoP, w kolejce czekają klasycy: Pelican, Isis itp. Wiem, wiem – nie wypada nie znać...Ale jakoś do tej pory nie było okazji, a na dobrą muzykę nigdy nie jest za późno, jak mawia wujek Józek. Wic prawdopodobnie w niedługim czasie notka o powyższych, a tymczasem proponuję krótką wyprawę na wschód, poprzedzoną pewnym przemyśleniem…

„Postrock”, jak każda szufladka robi sie z czasem coraz bardziej obszerna i trafiają tam rzeczy odległe od pierwotnych „założeń”, czasem bliżej „rock”, czasem bliżej „post” (?), a czasem…no właśnie.

Zespół Moya pochodzi z Białorusi i jest jednym z dowodów na to, że za naszą wschodnią granicą wcale nie jest tak strasznie jak się powszechnie uważa. Przynajmniej w muzyce. Nota bene czytałem niedawno w jakiejś gazecie (lub czasopiśmie) obszerny artykuł o białoruskiej scenie niezależnej – tam naprawdę dużo się dzieje i warto przyjrzeć się temu bliżej, a może być łatwiej niż by się wydawało, bo oni są tam niemiłosiernie tłamszeni i często „emigrują” do nas. Nie wiem, czy zespół Moya również jest tłamszony przez system, ale może mają więcej szczęścia niż inni, bo nie śpiewają, więc władza nie bardzo ma się do czego przyczepić. Skoro nie śpiewają to pewnie grają. Ano grają. A jak grają? Chyba najlepiej będzie, jak sami powiedzą:

„Mozart + Mono, Chopin + Clann Zu, Dvorak + Do Make Say Think, Grieg + Godspeed You! Black Emperor = Moya”

Tak stoi na ich stronie. Od siebie mogę dodać, że zdecydowanie przeważają „człony pierwsze” podanych par, czyli przewaga nowoczesnej klasyki nad nowoczesną muzyką gitarową. Takie fortepianowe pitolenie, na dłuższą metę raczej nużące, ale może komuś podpasuje. Niewątpliwie jest to coś nowego (no, może nie w sensie odkrywczości, ale częstotliwości występowania na pewno). W każdym razie warto sprawdzić, chociażby jaklo ciekawostkę i pewien wyznacznik „muzyczności” naszych wschodnich sąsiadów, a sprawdzić łatwo, ponieważ tutaj można ściągnąć całe demo, za friko :)

Uwaga 1: dla „niebukwowych” użytkowników internetu, mimo że strona dość prosta i przejrzysta, po prawej mało widoczny link „english”

Uwaga 2: Demo nie jest spakowane do jednego pliku, trzeba ściągać pojedyncze empetrójki, co przy ilości 17 (słownie: siedemnastu) może być nieco nużące, jeśli chcecie ściągnąć wszystkie (ja na przykład nie uznaję słuchania albumów „po kawałku”. To jak czytanie co drugiej strony w książce), w takim wypadku polecam wielce ułatwiające życie rozszerzenie do Firefoxa – „Down them all”. Nie, Firefox, ani autor rozszerzenia nie płacą mi za reklamę. Po prostu uważam, że to dobra przeglądarka i bardzo użyteczne rozszerzenie (gdyby ktoś nie wiedział ;) )

Uwaga 3: Nie wiem, jaka jest „polityka wydawnicza” zespołu, ale jeszcze tydzień temu na stronie było dwa razy więcej utworów (wcześniejsze demo + jakieś luźne kompozycje), teraz znikły, wiec jeśli ktoś po powyższym tekście nabrał apetytu, to radzę na wszelki wypadek się pospieszyć.

Miłego odsłuchu, nie zapomnijcie podzielić się wrażeniami!

All Angels Gone

All ANgels Gone Takie coś znalazłem – bardzo przyjemny postrock, liryczny, ale momentami z przytupem. Czasami może troszkę jak 65DoS (a może nie?:P), ale z melodyjnym wokalem męsko-damskim, czasem takim trochę płaczliwym, a ten damski jakby z odrobiną wpływu folkowo-irlandzkiego (albo to tylko moja chora wyobraźnia…). Słychać pewne zacięcie do orkiestracji, jakieś klawisze, smyki – ale bez przesady z tym wszystkim. Naprawdę fajne. A najlepsze, że za darmo ;)

A kawałek „Others as a Mirror” to po prostu mniodzio…

Do zassania stąd

P.S. mam troszku czasu do zabicia, więc poszukam dalej, bo w Sieci jest sporo takich perełek…Na „drugi ogień” idzie Seven Sciences of Plenty. Nie przegapcie! ;)

Sigur Rós – Saeglopur EP

Sigur Rós - Saeglopur EP Takie coś mi w łapki wpadło, podobno zapowiedź nowego albumu. Jeśli będzie taki jak pierwszy kawałek, to serca w górę! Na wyspie ognia i lodu wreszcie skończyła się mglista zima i w przyrodzie coś drgnęło. Owszem, ja bardzo lubię „Agoetis Byrjun”, ale (mam nadzieję, że niektórzy wybaczą mi herezję) „()” i „Takk” są dla mnie raczej nierozróżnialne (choć zdaniem specjalistów od SR bardzo odmienne – cóż, na razie nie starcza mi cierpliwości by to zweryfikować) i lekko nudą wiejące…Teraz zdecydowanie bliżej tematu „postrock”, niż „ambient rock”. I pomimo, że pozostałe utwory już bardziej „sigurrosowe”, to mam ogromną nadzieję, że w tym wypadku jedna jaskółka wiosnę uczyni.

Wrażenia po koncercie George Dorn Screams

Spóźnione nieco, bo weekend długi, ciężki i bardzo rozrywkowy był, na dokładkę aparat zrobił mi psikusa i „zgubił” wszystkie zdjęcia z dwóch koncertów. Na szczęście większość udało się odzyskać...

Wrażenia ogólne pozytywne, poza oczywistą konstatacją, że zespół młodziutki i dużo jeszcze przed nimi – nauki i osiągnięć. Sprawiali wrażenie nieco nieśmiałych i zagubionych, ale nic to – wyrobią się. Koncert trochę krótki (niewiele ponad godzinę), jeden bis (miał chyba być drugi, ale coś się ze sprzętem spsuło). Wszystko zagrane dość zwięźle i spokojnie, niektóre utwory trochę przearanżowane. W menu większość materiału z pierwszej płyty i kilka nowych utworów – i tu ciekawostka – brzmiących znacznie ostrzej niż reszta. Czyżby druga płyta miała być czadowo – noise’owa? Zobaczymy. W każdym razie było bardzo fajnie, dziękujemy i prosimy o więcej.

A na deser kilka fotek – z góry przepraszam za jakość, ale wirtuozem fotografii to ja nie jestem…

Dżordż Dorn krzyczy w jadłodajni ;)

Uprzejmie przypominam o trasie koncertowej zespołu George Dorn Screams. Dzisiaj Grzegorz krzyczy w Jadłodajni Filozoficznej.

Dżordż Dorn krzyczy

Snow Lovers are Dancing Zastanawiałem się, o czym by tu dzisiaj (i bynajmniej nie dlatego, że tematów brakuje, wręcz odwrotnie) – właściwie miało być o czym innym, ale przypomniałem sobie, a raczej w radiu przypomnieli,że…ale zacznijmy od początku…

Pewnego pięknego dnia usłyszałem w radiu jakąś miłą muzyczkę. Pani ładnie śpiewała, gitarki w tle sobie troszkę brzdąkały, troszkę brzęczały, nastrój ogólnie melancholijny, odrobinkę jakby „mogwajowy” (ale to odległe skojarzenie). „O, pewnie Szydło puszcza jakiś fajny postrock” – pomyślałem sobie, i faktycznie, za chwilę pani Agnieszka oznajmiła, że właśnie słuchaliśmy zespołu George Dorn Screams. Jakiś trybik zaskoczył w mojej głowie i skojarzyłem, że chyba już gdzieś słyszałem tą nazwę, ale może tylko dlatego, że kojarzy się z…(nie, nie będę tu o tym pisać)...Ale jak dodała, że to wbrew pozorom produkt krajowy, to szczęka mi opadła. O mojej opinii na temat rodzimej sceny muzycznej na pewno będzie jeszcze okazja napisać, dość teraz w skrócie powiedzieć: jest ona mocno krytyczna. Natomiast ten zespół moim zdaniem bije większość „oczek w głowie” polskich krytyków i/lub słuchaczy. I nie mam na myśli odbiorców mainstreamowych.

Od razu należy zaznaczyć, że to nie jest żadna rewolucja na skalę światową. Oni nie wymyślili nic nowego, ale chwała za zapełnienie pewnej niszy (żeby nie powiedzieć: dziury) na polskiej scenie. Brakowało zespołu grającego nowocześnie, na poziomie światowym (zaliczam do tego również wokalistkę świetnie śpiewającą po angielsku, co nie jest u nas niestety częste), a mieszczącego się „na zachód od wschodu, na wschód od zachodu” – czyli dającego się słuchać bez nadwerężania uszu i nie popadającego w patetyczne zadęcie czy infantylność. GDS można spokojnie puścić w radiu (no, może nie w godzinach najwyższej słuchalności, ale tuż po na pewno) i jednocześnie nie wstydzić się, że się takiego radia słucha. W dodatku to jest świetnie nagrane, zagrane i zaśpiewane.

Reasumując: polecam mocno, zainteresować powinno zwłaszcza miłośników postrockowych okolic Mogwaia, 65 Days of Static, God is an Astronaut itp. Czyli gitarowo, melancholijnie, melodyjnie, nie za ostro, chociaż konkretnie. Kawałki rozbudowane (ale nie za długie), czasem jakby z „progresywną” manierą.
Ale jeśli komuś powyższe nazwy/określenia nic nie mówią, albo wręcz zniechęcają – dajcie szansę (dać im szansę! dać im szansę! ;) ), to są moje skojarzenia, ktoś mógłby mieć inne. To jest naprawdę fajne i wpada w ucho.

A wracając do początku wpisu – dzisiaj w radiu przypomnieli, że GDS są właśnie w trasie.
Sprawdźcie, może będą w Waszej okolicy…Myślę, że warto…
A próbnego odsłuchu można dokonać na Majspejsie, albo zaopatrzyć sie w pełnowymiarowy album „Snow Lovers are Dancing”.